Warsaw Hot Dog Team on Tour cz. 1

Pierwsze biegi w sezonie 2011/2012 za nami, pierwsze wspólne hot-dogi pochłonięte (czekamy na sponsoring koncernów Orlen i Shell).
Treningowo-startową premierę zaliczyliśmy 18 grudnia. W kalendarzu znajdziecie, że wtedy urodził się kard. Józef Glemp, który z biegówkami nie ma nic wspólnego. Nie znajdziecie za to, że tego dnia urodził się też mój brat Michał, który – podobnie jak kardynał – z biegówkami nie ma nic wspólnego (a szkoda, bo brzuch rośnie).

Ale do rzeczy. W okrojonym składzie Piotrek-Kamil stanęliśmy na starcie pierwszych w tym sezonie zawodów z cyklu Salomon Nordic Sunday w Jakuszycach. Zima, która długo nie chciała nadejść, zaatakowała wtedy stolicę polskich biegówek ze zdwojoną siłą, a wiatr wiał chyba nawet z siłą potrojoną w stosunku do izerskich standardów.

Smarowanie okazało się wyzwaniem (temperatura nieznacznie poniżej zera, świeży śnieg), choć ostatecznie nie wypadło to tak źle. Ścigaliśmy się oczywiście ze sobą (Piotrek był zdeterminowany, by wreszcie wygrać z Kamilem), ale też z innymi narciarzami na dystansie ok. 16 km techniką klasyczną. Dwukrotnie przyszło nam pokonać pętlę Polana-Górny Dukt-Kopalnia Turów-Dolny Dukt-Polana i już na pierwszym podbiegu Piotrek pokazał plecy Kamilowi. Ostatecznie dla tego ostatniego dystans okazał się zbyt krótki, by dogonić rywala i na mecie obu hot-dogowców dzieliło 20 sekund (po pierwszej pętli 40 s).

Co ciekawe, drugie miejsce w biegu (za Czechem Radkiem Sretrem) zajął Andrzej Honczar. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, zajrzyjcie na stronę http://www.andrzejhonczar.com/ i otwórzcie szeroko oczy, bo niemłody już biegacz odważnie deklaruje zamiar startu na igrzyskach w Soczi. Trzymamy kciuki, choć wydaje nam się, że skończy się na ogrywaniu amatorów w SNS-ach…

Wyniki WHDT

23. Piotr Zygadlewicz 1:10:31

25. Kamil Zatoński 1:10:52

Bieg ukończyło 70 zawodników, w tym wracająca na trasy Kornelia Marek (czas 58:33, 14. miejsce OPEN).

Po jakuszyckim przetarciu przyszedł czas na pierwszy poważny start w sezonie: Jizerska Padesatka.

Pierwotnie WHDT mieli reprezentować Kamil i Jerzy. Ten ostatni musiał się wycofać, a tłumaczył to tak mętnie, że nie ma wątpliwości, że za decyzją tą stała (lub ją wręcz podjęła) jakaś białogłowa 😉

Zamiast Jerzego do Bedrichowa udał się jego załadowany sprzętem samochód. Kamil wystartował zarówno w Bedrichowskiej 30-tce, gdzie zmagał się nie tylko z podbiegami (gdzie je niby trenować na Mazowszu???), ale i z fatalnie przygotowaną trasą. Jeszcze w przeddzień zawodów zapowiadało się na szybki bieg, niestety w nocy spadło sporo świeżego śniegu, a przy temperaturze w okolicach zera ratraki nie były w stanie ubić trasy.

W kopnym śniegu udało się tyle, że bieg został zaliczony, w raczej słabym czasie 2:08:08 (miejsce 342. na 491, którzy ukończyli).

Złudne okazały się nadzieje na to, że w niedzielę, w biegu głównym na 50 km klasykiem będzie lepiej. Bo to w końcu CZECHY, JIZERSKA50, a na starcie CAŁA CZOŁÓWKA FIS MARATHON CUP. Długo wyczekiwany śnieg jak zaczął padać w czwartek, tak z krótkimi przerwami sypał do niedzieli wieczorem.

Smarowanie znów było wyzwaniem, zwłaszcza że Swix nie daje prostej odpowiedzi, co kłaść na trzymanie na świeży śnieg przy temperaturze w okolicy zera. Serwismeni na stadionie w Bedrichowie smarowali VR55, lub mieszanką VR60/VR50, ale szybko okazało się, że optymalnym rozwiązaniem były narty gołe, te z łuską lub z tzw. nowoczesną łuską (takie narty oferuje np. Fischer czy Atomic, niestety na stanie WHDT takich wynalazków jeszcze nie mamy).

 

Świeży śnieg kleił się do smarów i już na pierwszym bardziej stromym podbiegu pod nartą zrobiła się efektowna i uciążliwa „buła”. Tam, gdzie dało się jechać (lub wjechać) na bezkroku, tam straty z podchodzenia z „bułą” i jej zeskrobywania udawało się nadrobić. Niestety, o dużych prędkościach i odpoczynku na zjazdach można było zapomnieć: przez blisko 50 km trasy o torach można było tylko pomarzyć. Efekt: czas 4:41:44 (o 18 minut gorszy, niż przed dwoma laty) i miejsce 1578  (przed dwoma laty 1827).

Przygotowanie trasy należy zapisać na organizatorom duży minus, stąd w przyszłym sezonie WHDT poważnie rozważy alternatywę do Jizerskiej50. Na plus Czechom na pewno można za to zaliczyć punkty żywieniowe na trasie: podawano na nich nie tylko standardowo: ćaj (herbata), junćak  (izotonie), banany i czekoladę, ale też odżywki Enervita, który był jednym ze sponsorów imprezy.

Kiedy tak będzie na Biegu Piastów? Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że nieprędko, bo a)pewien bank boi się konkurencji odżywek b) pewna pani-od-30-lat-robiąca-herbatę chce ją nadal parzyć i konkurencji sobie nie życzy. Ciekawe, prawda?

Po czeskiej przygodzie odpoczynek trwał tylko tydzień, a WHDT w jednoosobowym składzie wybrał się na eksplorację regionu Hochpustertal, który reklamowany jest jako „Il Paradiso Dello Sci di Fondo”. Nie bez powodu. 1300 km tras (!!!), świetnie utrzymanych, z piękną scenerią Dolomitów i z powszechnym zrozumieniem potrzeb biegaczy (np. za 9 EUR można przez tydzień korzystać ze wszystkich środków transportu publicznego w regionie). Główny punkt tego wyjazdu to Dolomitenlauf (to akurat po austriackiej stronie ‘granicy’), ale na Guten Morgen/Buon Giorno (w tej kolejności zapisywane są nazwy miejscowości w regionie, choć to Włochy, a większość napotkanych tubylców mówiła po włosku) przyszło wystartować w Pustertaler Ski Marathon.

To impreza, która ma status partnerskiego biegu Euroloppet (choć w samym Euroloppet nie jest, to pewnie kwestia czasu) i uchodzi za trzeci najważniejszy bieg we Włoszech – po Marcialondze i Gsieser Tal Lauf. W sobotę odbywa się bieg „łyżwą” na 28 km z Toblach/Dobbiaco do Prags/Braies, a w niedzielę na 42 km „klasykiem” z Toblach/Dobbiaco do Sexten/Sesto. W obu przypadkach przebiega się przez piękny stadion narciarski w Toblach, gdzie niedawno, podczas Tour de Ski rywalizowali najlepsi zawodnicy na świecie.

To jednak nie na ładnie położonym stadionie, a po drugiej stronie miejscowości na dużej polanie wyznaczono start Pustertaler Ski Marathonu. Kamil – jako nowicjusz w tej imprezie – przydzielony został do ostatniego, trzeciego (a wliczając elitę – czwartego) sektora. Na starcie zero stresu, żadnego deptania po nartach i nerwowego zmieniania torów (jak to bywa na Biegu Piastów), bo torów co najmniej 10 (później 6, a w dalszej części trasy 2-3, wystarczająco przy ok. 600 zawodnikach). Oczywiście trasy jak spod igły.

Trasa w pierwszej części ma trochę podbiegów, ale jest w sumie dość łatwa. Dużo bezkroku, trochę szybkich zjazdów. Trudniej robi się na ostatnich kilometrach, gdzie trzeba pokonać ze 200 metrów przewyższenia na wzgórzach w okolicach Sexten. Wysiłek nagradza długi zjazd „po” i płaskie, finiszowe 1,5 km. Czas 3:04, miejsce 353 w stawce 620 biegaczy i biegaczek. Konkurencja jest tu mocna.

Z ciekawostek: przed dwoma laty zawody te – zarówno wśród panów, jak i pań – wygrali nasi reprezentanci, szykujący się wówczas w Dolomitach do igrzysk w Vancouver: Maciej Kreczmer i Kornelia Marek (ciekawe, czy już wtedy „na koksie”?). W tym sezonie – oprócz reprezentanta Warsaw Hot Dog Team – drugim „polskim” akcentem była wygrana w swojej kategorii wiekowej Jan Arne Enevoldsena, Norwega z Kanady (Kanadyjczyka z Norwegii?), który przez dwoma laty tak zaczął trenować naszych biahlonistów, że do dziś Tomek Sikora nie jest w stanie wrócić do dawnej formy.

Ciekawostek cd: nagrodami dla zwycięzców w poszczególnych kategoriach były okazałe kawałki specka (miejscowa szynka) i sera. Pasta party po zawodach wyśmienite, organizacyjnie Włosi zasłużyli na szóstkę (Piotrek, masz czego żałować).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *