Spowiedź austriackiego dopingowicza

Zdjęcia z zatrzymania Maksa Haukego przez austriacką policję obiegły w lutym sportowy świat.

Max Hauke, „twarz” skandalu dopingowego w Seefeld, postanowił opowiedzieć swoją historię.

Wygląda jak wymarzony zięć – tak historię narciarskiego oszusta rozpoczyna szwedzka gazeta „Expressen”, ale on sam – on, czyli Max Hauke – przyznaje, że o ile przed skandalem dopingowym (bo trudno to określić niewinną „wpadką”) wielu patrzyło na niego jako na miłego chłopaka, to teraz jest uosobieniem dopingowego potwora (choć nie w swoim kraju, ale o tym później).

Nagranie z zatrzymania przez austriacką policję i zdjęcia, pokazujące, jak Hauke siedzi w hotelowym pokoju z igłą wbitą w żyłę i przetacza sobie krew, obiegły świat i zszokowały nie tylko narciarski światek. Szwedka Stina Nilsson stwierdziła wprost, że robi jej się po prostu niedobrze.

Co na to Hauke?

O tym, co doprowadziło go do decyzji, którą teraz nazywa największym błędem życia mówi tak, jak mówił Estończyk Karel Tammjarv (rozmowę z nim przeczytasz tutaj>>) – najpierw były dobre, „czyste” wyniki na poziomie juniorskim, a poźniej rywale zaczęli uciekać. Doszły do tego „toksyczne” rozmowy w austriackiej kadrze.

-Kiedy jakiś zawodnik osiągał niespodziewanie dobry wynik, ktoś zawsze zadawał głośno pytanie „Ciekawego co mu dali na śniadanie?” – mówi Hauke, który wspomina, że co rusz w mediach pojawiały się informacje o przypadkach dopingu w sporcie.

Trudno było więc oprzeć się przekonaniu, że biorą wszyscy – albo przynajmniej wielu i innej drogi na szczyt nie ma.

Momentem przełomowym był… skandal dopingowy kolegi Haukego z kadry – Johannesa Duerra, który w 2014 r. niespodziewanie zajął 3. miejsce w Tour de Ski, ale w czasie igrzysk w Soczi wykryto u niego EPO.

-Johannes był tak samo utalentowany jak ja. Wszedł na szczyt. Wziął doping. Dla mnie wszystko wtedy stało się jasne: jedyna szansa na wyniki prowadzi przez doping – mówi Hauke.

Później wszystko poszło gładko, bo Duerr dał namiar na doktora Marka Schmidta (obecnie przebywa w więzieniu, to ojciec tej afery dopingowej), który wszystkim się zajął. Hauke zapłacił 10 tys. EUR za sezon, dostał specjalny telefon do kontaktów, a ponieważ Austriacy sporo czasu trenowali indywidualnie, nikt nie zauważył, jak falowała forma młodego biegacza w trakcie przygotowań, kiedy spuszczał sobie sporo krwi.

Podczas zawodów Pucharu Świata w hotelach, w których przebywał Hauke zawsze mieszkał też jakiś wysłannik Schmidta – przejść kilka pokoi obok, by przyjąć krew i ją oddać nie było więc problemem i nikt nikogo o nic nie podejrzewał.

Zwłaszcza że krąg osób, które widziały o sprawie, był bardzo mały – na tyle, że Hauke nawet nie wiedział, czy i który z jego kolegów przyjmuje doping (a przyjmował partner z team sprintu w Seefeld – Dominik Baldauf).

Celem był medal, albo przynajmniej pierwsza dziesiątka w biegu na 15 km w Seefeld, i wszystko było temu podporządkowane. Nawet kiedy w Davos trzy miesiące wcześniej Hauke rozpoczął bieg znakomicie i na pierwszym międzyczasie zajmował 8. miejsce, to później wolał zwolnić, by nikt nie nabrał podejrzeń.

Liczyło się tylko 15 km w Seefeld.

Zdaniem Haukego, doping mógł odjąć od jego wyniku nawet 40 sekund. Co to w praktyce oznacza? Dla zawodnika, który zajął 20 miejsce, oznacza awans na koniec pierwszej dziesiątki. Dla 10 – ogromną szansę na medal.

Hauke, kiedy został przyłapany, w areszcie spędził dobę. Kiedy wyszedł, czekała na niego matka, ojciec i dziewczyna – ta sama trójka, która miała mu kibicować w Seefeld, a która o aresztowaniu dowiedziała się, kiedy zajęła już miejsce na trybunach.

Co ciekawe, nikt w Austrii go nie potępił, a niektórzy dziwili się temu, że policja ujawniła materiały z zatrzymania.

Hauke postanowił współpracować z policją i agencją antydopingową – wystąpił nawet na konferencji WADA w Tokio.

Austriak nie ma jednak wątpliwości, że gdyby nie akcja policji, nikt by go nie złapał – a na pewno nie żaden z kontrolerów agencji.

Po pierwsze – doktor Schmidt dawał poczucie spokoju i tego, że „wszystko jest pod kontrolą”, zwłaszcza że pierwsze testy niczego nie wykazywały.

W praktyce Hauke brał hormon wzrostu przed snem, a rano nie sposób było go już wykryć.

Transfuzja krwi? Wystarczyło ponoć pić wodę z niewielkim dodatkiem soli, by poziom czerwonych krwinek wracał do normy.

-Nie mam wątpliwości, że jest wielu lekarzy, którzy pomagają w dopingu. Sportowiec jest jak ogniowo łańcucha. Tym z małych krajów trudno uwierzyć, że będą rywalizować jak równy z równym ze Szwedami, Norwegami, Rosjanami, ich wax-truckami i serwisem – mówi Hauke, choć zastrzega, że kiedy austriacką kadrę przejął Norweg Trond Nystad, to zmienił zdanie.

-Kiedy Trond przedstawił nam, jak żyją norwescy biegacze, jak trenują i jak system pomaga im w rozwoju, zrozumiałem, że można wygrywać bez dopingu – ale tylko jeśli masz duży team wokół siebie, który pracuje w tym samym kierunku – mówi Hauke.

Ale kiedy to zrozumiał, było już za późno.

Kamil Zatoński na podstawie „Expressen”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *