Birkebeinerrennet oczami uczestnika

Przeczytaj relację Piotra Zygadlewicza z Birkebeinerrennet 2017. 

Moje wyjazdy z roku na rok stają się coraz bardziej nieprzewidywalne i coraz mniej planowane. Kiedyś wyjazdy zimowe można było zaplanować mniej więcej w czerwcu poprzedzającym sezon, jak tylko pojawiały się pierwsze tanie loty i kalendarze rezerwacji noclegów w miejscach docelowych. Wtedy wszystkie pozostałe elementy życiowe można było poukładać tak, żeby na pewno na opłacone zawody pojechać. Teraz, często pomimo trochę wyższych kosztów, odwlekam moment zapisów do czasu, aż szanse na wyjazd będą wystarczająco wysokie.

W tym roku na Birkebeinerrennet zapisałem się dopiero pod koniec grudnia. Z zapisem nie trzeba było się spieszyć jak na Bieg Wazów, ponieważ w Norwegii od lat dla obcokrajowców jest pula tysiąca numerów, która jeszcze nigdy nie została w pełni wykorzystana. Ponadto, od czasu mojej poprzedniej wizyty w Rena w 2014 roku, gdy bieg został odwołany, organizatorom biegu nie udało się zapełnić listy startowej, która ma najwięcej dostępnych miejsc spośród wszystkich biegów Worldloppet, więc pewnie i na świecie (limit uczestników to 16.800). Okres przygotowawczy przepracowałem solidnie przygotowując się „w ciemno”, ale po cichu licząc, że w końcu uda się zaliczyć „największy” i prawdopodobnie najtrudniejszy bieg Worldloppet.

O włos od rezygnacji

Na kilka tygodni przed wyjazdem ze Stowarzyszenie Narciarskie Klasyk wszystko było dopięto już na ostatni guzik. Wynajęty domek, samochód, kupione bilety, znany skład, kilka dni zapasu na miejscu, aby odświeżyć technikę i zapoznać się z warunkami na trasie, więc można było odliczać dni do wyjazdu i realizować ostanie szlify formy. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do godziny 11:00 na dzień przed odlotem, gdy okazało się, że wylot w czwartek razem z całą grupą jest zagrożony. Ostateczna decyzja miała zapaść w środę wieczorem. Chwilę po tym, gdy Kamil odebrał ode mnie sprzęt narciarski do wspólnego bagażu okazało się, że swój lot muszę niestety wstrzymać co najmniej do piątkowego popołudnia, a start zawodów już w sobotę rano. W tym momencie dobry wynik zszedł na dalszy plan, miałem nadzieję, że uda się chociaż wystartować, tym bardziej, że warunki śniegowe na miejscu miały być bardzo dobre a wynik z Biegu Piastów 2017 zakwalifikował mnie na start z 7. sektora zamiast przypisanego początkowo 15. Informacje na koniec czwartku były w końcu pozytywne i mogłem się nastawić na piątkowy wylot.

Jedyny plus zaistniałej sytuacji to łatwa podróż z lotniska im. Chopina, zamiast z Modlina, przez Gardemoen, gdzie wystarczyło kupić bilet na pociąg kursujący co 0,5h do Hamar i zejść piętro niżej na peron. Załapałem się jeszcze na ostatnie bilety najbliższego kursu, choć najtańsza pula była już wykupiona.

W samolocie i w pociągu można było w końcu zająć się ostatnimi przygotowaniami do biegu. Sprawdzić pogodę i zaplanować żywienie na trasie zawodów.

Po przyjeździe do Hamar w końcu spotkanie z całą ekipą i jeszcze chwila przed zachodem słońca na podziwianie widoku na miasto i jezioro z tarasu naszego domku usytuowanego na zboczu góry. W domku obok mieszkała ekipa z Estonii, która również szykowała się do głównego Birkena (w baaaardzo oryginalny sposób, który zasługuje pewnie na osobną relację). Później jeszcze kolacja, przygotowanie stroju startowego i „gadanie” do późna z Arkiem Szczotką, który w piątek rano wystartował łyżwą w biegu otwartym. Można było zatem zasięgnąć nieco świeżych informacji z trasy i rozwiać część wątpliwości.

W ostatnią noc spałem mało, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się przed startem zasnąć na dłużej niż parę godzin. Przeczytałem gdzieś w tym roku (zapewne tu www.biegowki24.pl, albo tu http://www.vasaloppet.se), że warto wyspać się noc wcześniej niż bezpośrednio przed startem, bo w ostatnią noc ze względu na emocje rzadko jest to możliwe. Wtedy brak dobrego snu bezpośrednio przed startem nie ma ponoć w ogóle wpływu na wydolność organizmu. Sam odpoczynek wystarczy. Pomimo awaryjnej sytuacji w domu to zalecenie na szczęście udało się zrealizować.

Gotowy do startu …

Chwilę po 6 rano zapakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy do miejscowości startowej razem z Czesławem i Arkiem. Na śniadanie tradycyjnie zjadłem dużą porcję kaszy mannej z dżemem jagodowym. Tym razem w samochodzie, bo razem z zapasem założyliśmy 1,5h na dojazd do Rena, a później trzeba się jeszcze dostać na stadion. Pora jedzenia wypadła zatem zaraz na początku trasy. J

Chęć do biegania w trakcie jazdy jeszcze się nie obudziła, ale w miarę zbliżania się do Rena mijał stres czy zdążę na godzinę wyznaczoną dla mojej strefy startowej. Choć nie udało się dojechać w bezpośrednią okolicę startu, policja kieruje wszystkich na duży parking w centrum miasteczka, i tak mieliśmy jeszcze spory zapas czasu, żeby dotrzeć na start. Na parkingu szybkie przebieranie, a następnie 5-10 minut piechotą do przystanku autobusowego. Co chwilę podjeżdżające autobusy co raz zabierały kolejne dziesiątki narciarzy do obszaru startowego.

W naszym autobusie duży gwar, rozmowy toczyły się w zasadzie wyłącznie po norwesku i szwedzku, choć po wyglądzie można było się spodziewać, że ludzie przyjechali tu także z innych rejonów świata. Po kilkunastu minutach byliśmy już na parkingu przy stadionie startowym. Zdążyliśmy tuż przed startem elity, więc Arek i Czesław (miał odrobinę więcej czasu do startu) pobiegli zobaczyć jak startuje Justyna i najlepsi zawodnicy cyklu Visma Ski Classics.

Szybko odnalazłem ciężarówki na rzeczy zawodników i dokończyłem przebieranie. Żwawe pakowanie, ostatnie (i zarazem pierwsze) sprawdzenie poprawności wagi plecaka, a następnie wrzucenie torby z rzeczami do ciężarówki. Niestety wagi przy starcie są proste jak konstrukcja cepa. Nie psują się, wskazują czy plecak jest za lekki, czy nie, ale nie dają dokładnej informacji ile waży. Oprócz wymaganego wyposażenia miałem w plecaku bukłak z dwoma litrami izotonika, więc 3,5 kilogramowy odważnik na drugim ramieniu wagi z głośnym brzdękiem uderzył o ramę, ale po tonie nie byłem w stanie określić (weterani może dają radę 😉 ), czy po osuszeniu bukłaka w trakcie biegu na mecie plecak wciąż będzie wystarczająco ciężki. Dzień wcześniej, w biegu otwartym, kontrolowane były wszystkie plecaki, więc dziś też można było się spodziewać kontroli na szeroką skalę. Plecak można na pewno dokładnie zważyć na przykład przy stanowisku wydającym numery w Lillehammer, i podobnie jest pewnie w Renie. Tym razem jednak nie miałem takiej możliwości.

Przed startem zdążyliśmy jeszcze przybić tradycyjnego żółwika z Kamilem (startował 2 fale wcześniej niż ja), „lycka till”, a potem pozostało już tylko ustawić się w swoim sektorze startowym.

Wszedłem do niego 15 minut przed moim startem, czyli od razu jak go otworzyli. Na spokojnie można było wybrać sobie miejsce, ułożyć narty i zrobić rozgrzewkę. Garmin włączony, Racefox włączony i sprawdzony, kilka fotek ze startu i można jechać, aż tu nagle pojawia się jeszcze Arek ze swoim firmowym kopniakiem na szczęście. Teraz to już wszystko dopięte na ostatni guzik 😉

Na początku trasy jest długi odcinek pod górę. Starałem się nie szarżować, żeby spokojnie zacząć bieg i potem rozkręcać tempo, ale pewnie gdyby nie tłok na trasie przez długi czas, niewiele by wyszło z moich założeń. To najszersza trasa zawodów jaką do tej pory widziałem, ale mimo to cały czas miałem wrażenie, że trudno zmienić tor w odpowiednim momencie, żeby biec w swoim tempie. Co jakiś czas korkowało się od „pchaczy”. Jestem pełen podziwu dla tych, którzy są w stanie wjechać bezkrokiem na każdą górę Birkena, ale sam póki co wolę krok naprzemienny, bo tak biegnę szybciej.

Z początku starałem się zmieniać tory, żeby biec swoim tempem, ale często czas na zmianę toru i powrót do rytmu sprawiały, że u końcu podbiegu dopiero zrównywałem się z wyprzedzaną osobą, więc z czasem po prostu zwalniałem i starałem się odpoczywać.

Początkowe 20 km z podbiegami bardzo mi się podobały. Piękna pogoda, fajne widoki, narty trzymały, czego chcieć więcej. Choć po kilku kilometrach w lesie zrobiło mi się mocno ciepło, po wbiegnięciu na otwarty teren pojawił się prognozowany wiatr z północy, który odpowiednio chłodził.

Bodajże na 13. km po osiągnięciu szczytu Dølfjellet rozpoczął się odcinek ze zjazdami oznaczony jako „glidtest”, test poślizgu. Początkowo na szerokiej jak autostrada trasie zjeżdżało się całkiem fajnie, ale po nabraniu prędkości i niespodziance z torem zacząłem hamować, żeby nie przewrócić się na większej prędkości przy ewentualnej, kolejnej nierówności toru.

Wiedziałem, że zjazdy będą długie i pewnie szybkie, ale nie byłem do nich odpowiednio przygotowany, dlatego nie wspominam ich dobrze i ograniczały się do walki o przetrwanie zamiast o prędkość. Długi czas spędzony w pozycji zjazdowej lub półpłużnej odczułem w udach. Przy kolejnych podbiegach czułem to coraz mocniej, a za Sjusjoen, gdzie zjazdy były jeszcze szybsze, węższe i już nierówne, czułem nadchodzące skurcze i prawie musiałem się zatrzymać. Niewiele brakowało, a zaliczyłbym także wywrotkę. Wyratowałem się jakoś w ostatniej chwili podpierając kijem. Raz musiałem też gwałtownie zmieniać tor, żeby ominąć osobę, która wywróciła się w moim torze kawałek przede mną.

W trakcie biegu musiałem też modyfikować plan żywieniowy. Podbiegi potrwały niewiele dłużej niż zakładałem, ale zmęczenie było większe i część żeli przyjąłem trochę wcześniej, bo kilka razy czułem, że nadchodzi kryzys. Na szczęście uzupełniając energię ciastem cynamonowym „lefsa” (polecam), colą i bananami udało się dojechać do mety bez „całkowitego odcięcia prądu”.

Przed metą przyjemny i ładny był jeszcze płaski odcinek na ostatnich kilometrach, ale przeplatał się z lekkimi, wąskimi podbiegami z nierównymi torami, gdzie po kilku godzinach operowania słońca narty niestety „nie trzymały” już dobrze (a może to kwestia zmęczenia) i pokonanie tego niby prostego odcinka było naprawdę męczące.

Później już ostatni kilometr i ostatnie siły na mocny finisz. Udało się. Po upływie 4h 04min 34sek dotarłem do mety na 3.408. pozycji (wystartowało 8.133 zawodników spośród nieco ponad 9.600 zapisanych) i czułem się naprawdę nieźle, choć zmęczony. W swojej kategorii zająłem natomiast 229. miejsce na 442 startujących. Cztery minuty później niż plan minimum, ale i tak zadowolony. Brakujący czas na pewno mogłem odrobić na zjazdach (za Sjusjoen walka pługiem w rynnach o przetrwanie 😉 ), ale niestety nie udało mi się w tym sezonie poćwiczyć tego elementu.

Bardzo ładny i fajny bieg, ale zjazdy bez przygotowania „ryją beret”, choć można też pewnie w miarę spokojnie zjechać pługiem. Na pewno warto było tu przyjechać i wystartować, ale bezpośrednio po biegu miałem raczej uczucia z serii „nigdy więcej” i cieszyłem się że dojechałem bez strat J. Pomimo to jakiś niedosyt pozostał i niewykluczone, że jeszcze kiedyś tu przyjadę. Wtedy na pewno wcześniej poćwiczę zjazdy, a przynajmniej pozycję zjazdową na poduszce rehabilitacyjnej ;-). Wydolnościowo było ok. Natomiast, w biegu na pewno nie podobał mi się piknik i hałas zaraz za punktem żywieniowym w Sjusjoen. Śmierdzący dym z ognisk i grilli, i niby kibicujący Norwegowie, ale w tym miejscu miałem wrażenie, że bardziej liczy się dla nich imprezowanie, a biegacze to tylko taki tradycyjny dodatek. W innych częściach doping i wsparcie kibiców było zdecydowanie przyjemne.

Piotr Zygadlewicz

 

1 komentarz do “Birkebeinerrennet oczami uczestnika

  1. Marek Sudoł
    13 maja 2017 at 22:15

    Piotrek,
    Dzięki za b. fajną relację,
    pozdro,
    marek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *